memoramus

STOWARZYSZENIE WSPÓŁPRACY ZE WSCHODEM

facebook_page_plugin
 Przekaż
1%
swojego podatku na 
Stowarzyszenie Memoramus
KRS 0000256353
Autor:Stanisław ZasadaŹródło: Tygodnik Powszechny

Dłużnik

Ojca stra­cił w Ka­ty­niu, matka zmar­ła na ze­sła­niu w Ka­zach­sta­nie. Dziś mówi: "Spła­cam dług wdzięcz­no­ści wobec tych, któ­rym nie udało się wró­cić do oj­czy­zny". Bo jemu się udało.
dowojna tyg
Wincenty Dowojna, syn zamordowanego w Katyniu Witolda Pawła Dewojno.

Pod Pomnikiem Ofiar Katynia i Sybiru w Poznaniu, kwiecień 2012 r. / Fot. Waldemar Wylegalski Foto: Tygodnik Powszechny

Bia­ły­stok, noc z 12 na 13 kwiet­nia 1940 r. Łomot do drzwi miesz­ka­nia Mie­czy­sła­wy i Wi­tol­da De­woj­nów. W środ­ku czte­ry prze­ra­żo­ne ko­bie­ty: Mie­czy­sła­wa, jej młod­sza sio­stra Maria, ich matka i babka. W łó­żecz­ku trzy­mie­sięcz­ny Win­cen­ty. Ofi­cer NKWD daje im pół go­dzi­ny. Ko­bie­ty wrzu­ca­ją do wa­li­zek garść rze­czy, Mie­czy­sła­wa opa­tu­la syna w koc. Pędzą ich na dwo­rzec. Tam - tłum pła­czą­cych ko­biet z dzieć­mi. To ro­dzi­ny ofi­ce­rów i po­li­cjan­tów, któ­rzy za chwi­lę zginą w Ka­ty­niu, Mied­no­je, Char­ko­wie, By­kow­ni i być może także (tego nie wia­do­mo na pewno do dziś) w Ku­ro­pa­tach pod Miń­skiem.

Wtedy tych nazw nikt jesz­cze nie zna. Nikt z ko­biet i dzie­ci obec­nych na tym dwor­cu - i na wielu in­nych dwor­cach - nie wie, dla­cze­go zo­stał aresz­to­wa­ny: że ska­zu­jąc na śmierć mężów i ojców, wła­dze ZSRR po­sta­no­wi­ły za­ra­zem po­zbyć się ich bli­skich - zsy­ła­jąc na Sy­be­rię albo do re­pu­blik azja­tyc­kich. Dla wielu to także bę­dzie wyrok śmier­ci.

MATKA

Ko­lej­ne trzy ty­go­dnie spę­dzą w by­dlę­cych wa­go­nach, w dro­dze na Wschód. Mie­czy­sła­wa suszy na wła­snym ciele pie­lu­chy i śpiosz­ki syna. Po­ciąg do­trze do sta­cji Paw­ło­dar w pół­noc­no-wschod­nim Ka­zach­sta­nie. Stąd czte­ry ko­bie­ty i nie­mow­lę tra­fią do osady Bog­da­now­ka w paw­ło­dar­skiej ob­ła­sti (ob­wo­dzie).

Ze­słań­cy miesz­ka­ją w zie­mian­kach albo w chat­kach sta­wia­nych z "se­ma­na" (cegła z gliny i słomy). Zimno, głód, cho­ro­by. Lu­dzie umie­ra­ją ma­so­wo. Zmar­łych grze­bie się w ste­pie.

Naj­pierw umrze pra­bab­ka Win­cen­te­go - po­wie­dzą, że ze sta­ro­ści.

Rok póź­niej, po ataku Hi­tle­ra na Sta­li­na, ge­ne­rał Si­kor­ski na­wią­zu­je sto­sun­ki dy­plo­ma­tycz­ne z ZSRR. Mie­czy­sła­wa do­sta­je pracę w de­le­ga­tu­rze pol­skiej am­ba­sa­dy w Paw­ło­da­rze. - To był nasz naj­lep­szy czas na ze­sła­niu - powie kil­ka­dzie­siąt lat póź­niej jej syn, Win­cen­ty Do­woj­na.

"Dobry czas" trwa krót­ko. W kwiet­niu 1943 r. Niem­cy od­kry­wa­ją groby w Ka­ty­niu. Sta­lin zrywa sto­sun­ki z rzą­dem Si­kor­skie­go, a Mie­czy­sła­wa traci pracę w Paw­ło­da­rze. Trzy ko­bie­ty z dziec­kiem wy­wio­zą do sow­cho­zu, jesz­cze dalej w step.

Znowu głód. Raz Wicuś (tak na­zy­wa­ją Win­cen­te­go) po­rwie ko­le­dze z pieca upie­czo­ną łu­pi­nę. Ko­le­ga go po­bi­je (do­ro­sły Win­cen­ty nie bę­dzie tego pa­mię­tał - pół wieku póź­niej przy­po­mni mu o tym ko­le­ga).

W 1944 r. Mie­czy­sła­wa De­woj­no za­pa­da na tyfus. Umie­ra w od­izo­lo­wa­nym ba­ra­ku, do któ­re­go prze­no­szą za­kaź­nie cho­rych. Gdy Maria, sio­stra matki, idzie ją od­wie­dzić - czte­ro­let­ni Wicuś stoi na ze­wnątrz, żeby się nie za­ra­zić.

Z po­grze­bu matki za­pa­mię­ta taki szcze­gół: woły cią­gną­ce wóz ze zbitą z czte­rech desek trum­ną. Pa­mię­ta, bo do­ro­śli po­zwo­li­li mu po­ga­niać woły. Matki nie pa­mię­ta.

OJ­CIEC

Po­czą­tek kwiet­nia 1940 r., Ko­zielsk. Po­rucz­nik Wi­told De­woj­no, mąż Mie­czy­sła­wy i oj­ciec Win­cen­te­go, sie­dzi z czte­re­ma ty­sią­ca­mi pol­skich ofi­ce­rów w za­mie­nio­nym na wię­zie­nie pra­wo­sław­nym mo­na­ste­rze. Nie wie, że mie­siąc wcze­śniej Beria na­pi­sał do Sta­li­na, że "wszy­scy oni są zde­kla­ro­wa­ny­mi wro­ga­mi wła­dzy so­wiec­kiej". I że 5 marca za­pa­dła de­cy­zja.

Wi­told De­woj­no uro­dził się w 1909 r. na Za­kau­ka­ziu. Z wy­kształ­ce­nia han­dlo­wiec, przed wojną jest na­czel­ni­kiem izby skar­bo­wej. Gdy Hi­tler na­pa­da na Pol­skę, jako re­zer­wi­sta idzie na front. Gdy je­sie­nią wraca do domu, Bia­ły­stok jest już so­wiec­ki. Oku­pan­ci każą sta­wić się mło­dym męż­czy­znom do pracy. Mie­czy­sła­wa pro­si­ła męża, by nie szedł. Wi­told nie chciał ukry­wać się, na­ra­żać cię­żar­nej żony.

Potem ktoś po­wia­do­mił Mie­czy­sła­wę, że wi­dział, jak so­wiec­cy żoł­nie­rze pro­wa­dzi­li jej męża z in­ny­mi męż­czy­zna­mi na dwo­rzec. W grud­niu przyj­dzie kart­ka. Wi­told bę­dzie pisał, że jest zdro­wy, że nic mu nie bra­ku­je i na świę­ta wróci do domu.

Wię­cej wia­do­mo­ści od niego nie bę­dzie. 22 stycz­nia 1940 r. uro­dzi mu się syn. Nie wia­do­mo, czy Wi­told o tym wie, gdy w po­ło­wie kwiet­nia leży na pry­czy (żona pi­sa­ła do niego listy, ale nie wia­do­mo, czy je do­sta­wał). Za dwa ty­go­dnie so­wiec­ki war­tow­nik wy­czy­ta jego na­zwi­sko: po­rucz­nik re­zer­wy jest na li­ście wy­zna­czo­nych do trans­por­tu.

Trans­por­ty wy­jeż­dża­ją z Ko­ziel­ska od po­cząt­ku kwiet­nia. Nie­któ­rzy z tych, co zna­leź­li się na ko­lej­nych li­stach, cie­szy­li się, że jadą do domu (tak mówią zna­le­zio­ne pod­czas eks­hu­ma­cji pa­mięt­ni­ki). Czy po­rucz­nik De­woj­no też wie­rzył, że je­dzie do domu? Na pod­sta­wie listy wy­wo­zo­wej wia­do­mo, że Ko­zielsk opu­ścił 27 kwiet­nia. Na drogę do­stał - jak wszy­scy - przy­dzia­ło­wą rację: ka­wa­łek chle­ba i za­wi­nię­te w pa­pier śle­dzie (to wiemy z wy­do­by­tych z gro­bów za­pi­sków).

Po­ciąg je­dzie całą noc, minie Smo­leńsk i za­trzy­ma się na sta­cyj­ce Gniez­do­wo. Tam prze­sią­dą się do więź­nia­rek, ujadą kilka ki­lo­me­trów do wsi Katyń, potem pójdą pie­szo przez las.

De­woj­no zgi­nął praw­do­po­dob­nie 28 kwiet­nia 1940 r. Na­stęp­ne­go dnia skoń­czył­by 31 lat.

WI­GI­LIA

- Czuję się w Pol­sce jak u sie­bie - cie­szy się Anna Żyt­ni­ko­wa. Jest lato 2003 r. Osiem­na­sto­let­nia Anna (Polka z Paw­ło­da­ru; na po­cząt­ku wojny So­wie­ci ze­sła­li do Ka­zach­sta­nu jej dziad­ków) przy­je­cha­ła na wa­ka­cje do Ro­ścin­na w Wiel­ko­pol­sce. A razem z nią > > kil­ku­dzie­się­ciu ró­wie­śni­ków z pol­skich ro­dzin z Ka­zach­sta­nu i Rosji.

W sierp­nio­we po­po­łu­dnie po­sta­no­wi­li zor­ga­ni­zo­wać to, czego wielu z nich u sie­bie nigdy nie prze­ży­wa­ło: ubra­li cho­in­kę. Sły­chać "Wśród noc­nej ciszy". Opła­tek, ży­cze­nia i wszy­scy sia­da­ją do świą­tecz­ne­go stołu. Za­pach siana pod ob­ru­sa­mi mie­sza się z za­pa­chem barsz­czu, kar­pia i ka­pu­sty z grzy­ba­mi. Potem idą na Pa­ster­kę. Ktoś przy­zna, że pierw­szy raz w życiu był na Wi­gi­lii.

- To wiel­kie szczę­ście, że mo­że­my przy­jeż­dżać do Pol­ski - Anna Żyt­ni­ko­wa mówi z ro­syj­skim ak­cen­tem. W Ro­ścin­nie jest już trze­cie wa­ka­cje. Skoń­czy­ła kurs ję­zy­ko­wy we Wro­cła­wiu, po wa­ka­cjach za­cznie w Pol­sce stu­dia.

Mło­dych Po­la­ków za­pro­sił po­znań­ski Klub Paw­ło­dar­czy­ka. Za­ło­ży­li go dawni ze­słań­cy, któ­rzy spę­dzi­li wo­jen­ne dzie­ciń­stwo w ob­wo­dzie paw­ło­dar­skim - stąd nazwa. Kilka lat wcze­śniej, we wrze­śnio­wy wie­czór 1998 r., wsie­dli na dwor­cu w Po­zna­niu w po­ciąg z Ber­li­na do Asta­ny - nowej sto­li­cy Ka­zach­sta­nu. Cały prze­dział za­ła­do­wa­li kar­to­na­mi z żyw­no­ścią, odzie­żą, le­ka­mi i książ­ka­mi (Mic­kie­wicz, Prus, Sien­kie­wicz). Wie­dzie­li, że ro­da­kom się nie prze­le­wa.

Po po­wro­cie dawni ze­słań­cy wy­sy­ła­ją kon­wo­je z po­mo­cą dla ka­zach­skich Po­la­ków, za­pra­sza­ją mło­dzież. - Star­si za­pu­ści­li w Ka­zach­sta­nie ko­rze­nie i już tam zo­sta­ną. Ale mło­dzi chcą się osie­dlać w Pol­sce, więc trze­ba na nich sta­wiać - tłu­ma­czą "paw­ło­dar­czy­cy". - U was per­spek­ty­wy bol­sze - od­po­wia­da­ją mie­sza­ni­ną pol­skie­go i ro­syj­skie­go wnuki ze­słań­ców.

- Na wa­ka­cje w Ro­ścin­nie czeka się cały rok - mó­wi­ła w 2003 r. Anna Żyt­ni­ko­wa.

- Po­zna­łem tam pol­ski język i kul­tu­rę na żywo, a nie z pod­ręcz­ni­ków - opo­wia­dał Sta­ni­sław Ta­ta­ry­no­wicz, ko­le­ga Ani z Paw­ło­da­ru.

Oboje skoń­czą w Pol­sce stu­dia. Do­sta­ną pol­skie oby­wa­tel­stwo. Do Ka­zach­sta­nu nie wrócą.

CMEN­TARZ

28 kwiet­nia 2007 r. Z od­re­mon­to­wa­nej sta­cji Gniez­do­wo rusza po­chód. Za bia­ło-czer­wo­nym trans­pa­ren­tem z na­pi­sem "Marsz Pa­mię­ci" idzie w gra­na­to­wych mun­du­rach z czer­wo­ny­mi lam­pa­sa­mi dwu­dzie­stu ka­de­tów ze słyn­ne­go kor­pu­su w Smo­leń­sku, dalej trzy setki uczniów z pol­skich i ro­syj­skich szkół, z bia­ło-czer­wo­ny­mi i bia­ło-nie­bie­sko-czer­wo­ny­mi cho­rą­giew­ka­mi.

- Katyń to sym­bol tra­ge­dii na­ro­du pol­skie­go i ro­syj­skie­go, bo tutaj funk­cjo­na­riu­sze NKWD wy­mor­do­wa­li ty­sią­ce Ro­sjan i Po­la­ków - mówi dy­rek­tor po­znań­skie­go li­ceum, który przy­je­chał z pol­ski­mi ucznia­mi.

Mi­nę­li bramę Pań­stwo­we­go Kom­plek­su Me­mo­rial­ne­go "Katyń". Idą na ro­syj­ską stro­nę cmen­ta­rza (upa­mięt­nia oby­wa­te­li ZSRR - ofia­ry po­peł­nio­nych tu zbrod­ni). Przy krzy­żu z trze­ma po­przecz­ny­mi bel­ka­mi pra­wo­sław­ny ksiądz od­mó­wił mo­dli­twę.

Prze­cho­dzą na Pol­ski Cmen­tarz Wo­jen­ny. Każdy uczeń z Pol­ski musi od­na­leźć ta­blicz­kę z na­zwi­skiem jed­ne­go ofi­ce­ra, za­pa­lić znicz i za­tknąć cho­rą­giew­kę. Ro­syj­scy ka­de­ci sa­lu­tu­ją.

Z mło­dzie­żą jest wy­so­ki star­szy męż­czy­zna. Długo bę­dzie stał pod ta­blicz­ką z na­pi­sem: "por. Wi­told De­woj­no, 1909-1940". Za­pa­li znicz.

Marsz Pa­mię­ci zor­ga­ni­zo­wa­ło Sto­wa­rzy­sze­nie Współ­pra­cy ze Wscho­dem "Me­mo­ra­mus". Po­wsta­ło rok wcze­śniej w Po­zna­niu. W "Me­mo­ra­mu­sie" mówią, że chcą oca­lić pa­mięć o wo­jen­nych lo­sach Po­la­ków na Wscho­dzie, po­ma­gać Po­lo­nii w daw­nym im­pe­rium so­wiec­kim, pie­lę­gno­wać kon­tak­ty mło­dych Po­la­ków z ró­wie­śni­ka­mi z kra­jów by­łe­go ZSRR.

Po co? Bo, tłu­ma­czą w sto­wa­rzy­sze­niu, chce­my po­ka­zać, że można pa­mię­tać o na­ro­do­wej prze­szło­ści, ale razem bu­do­wać przy­szłość. I po­ka­zać, że to, co trud­ne albo nie­moż­li­we w po­li­ty­ce, staje się moż­li­we w zwy­kłych kon­tak­tach. Że można się po­znać i spo­koj­nie roz­ma­wiać.

Wspól­ne Mar­sze Pa­mię­ci mło­dzie­ży pol­skiej i ro­syj­skiej w Ka­ty­niu od­by­wa­ją się co roku - ostat­ni był w mi­nio­ną nie­dzie­lę, 22 kwiet­nia. Za­wsze biorą w nim udział ka­de­ci ze Smo­leń­ska. - Bo w przy­szło­ści zo­sta­ną ofi­ce­ra­mi i chce­my, żeby wie­dzie­li, co się tam wy­da­rzy­ło - tłu­ma­czą ich ro­syj­scy prze­ło­że­ni.

W 2010 r. Marsz Pa­mię­ci odbył się w ty­dzień po ka­ta­stro­fie smo­leń­skiej. Z Ka­ty­nia pol­scy ucznio­wie po­je­cha­li na lot­ni­sko Sie­wier­nyj. W miej­scu, gdzie roz­bił się pre­zy­denc­ki sa­mo­lot, wbili w zie­mię pierw­szy krzyż.

PO­WRÓT

- Wy­jeż­dża­my! - ciot­ka Maria wbie­ga do cha­łu­py i za­czy­na zbie­rać skrom­ny do­by­tek. Jest wio­sna 1946 r. Z Ka­zach­sta­nu jadą do Pol­ski ostat­nie trans­por­ty wo­jen­nych ze­słań­ców.

Win­cen­ty ma już tylko ciot­kę - pół roku po śmier­ci matki zmar­ła też bab­cia. Ciot­ka od świtu do nocy ha­ro­wa­ła w sow­cho­zie. Przed wyj­ściem go­to­wa­ła gar ziem­nia­ków, któ­ry­mi przez cały dzień żywił się Wicuś. Kiedy wsta­wał, ziem­nia­ki były jesz­cze go­rą­ce, w po­łu­dnie jadł let­nie, wie­czo­rem zimne. Ziem­nia­ki to przy­smak. Zimą szuka z ko­le­gą zmar­z­nię­tych, bo są słod­kie (in­nych sło­dy­czy prze­cież nie ma).

Barką płyną ze swymi to­boł­ka­mi rzeką Ir­tysz do Paw­ło­da­ru, skąd kolej za­bie­rze ich do Pol­ski. Po­ciąg cza­sem się za­trzy­mu­je i lu­dzie wy­cho­dzą z wa­go­nów. Wicuś biega z dzieć­mi. Ciot­ka na­po­mi­na, że jak tylko usły­szy gwizd, ma szyb­ko wra­cać, żeby się nie zgu­bić. Któ­re­goś razu sły­szy gwizd i pusz­cza się bie­giem przed sie­bie. Sy­gnał był z po­cią­gu nad­jeż­dża­ją­ce­go z prze­ciw­ka - o mało pod niego nie wpadł.

Już w Pol­sce wy­cho­wu­je go druga babka - matka ojca. Miesz­ka we wsi pod Sza­mo­tu­ła­mi w Wiel­ko­pol­sce (to wtedy w me­try­ce zmie­nią mu na­zwi­sko na Do­woj­na).

Dal­sza ro­dzi­na po­rucz­ni­ka De­woj­ny jesz­cze w cza­sie wojny do­wie­dzia­ła się, że Wi­told zgi­nął w Ka­ty­niu - jego na­zwi­sko było na nie­miec­kiej li­ście eks­hu­mo­wa­nych, dru­ko­wa­ły ją ga­dzi­nów­ki.

Na­zi­ści chcą wy­ko­rzy­stać so­wiec­ki mord - na­ma­wia­ją, żeby ro­dzi­ny roz­strze­la­nych zgła­sza­ły się do oku­pa­cyj­nych władz po wy­do­by­te z gro­bów pa­miąt­ki po bli­skich. Młod­szy brat Wi­tol­da idzie do war­szaw­skie­go ge­sta­po, ale w ostat­niej chwi­li za­wra­ca. Boi się, że to pod­stęp.

Babka Win­cen­te­go do końca życia (zmar­ła w 1968 r.) nie uwie­rzy, że syn nie żyje. Od­wie­dza ja­sno­wi­dzów. Ma na­dzie­ję, że Wi­told jest wię­zio­ny na Sy­be­rii, że kie­dyś wróci.

W Pol­sce - ko­mu­nizm. W gim­na­zjum dy­rek­tor mówi Win­cen­te­mu, że wie, iż jego oj­ciec zgi­nął w Ka­ty­niu. Każe mu wię­cej do szko­ły nie przy­cho­dzić. Je­dzie więc do star­sze­go brata ojca do Wro­cła­wia. Po pierw­szej lek­cji ma­te­ma­ty­ki na­uczy­ciel mówi mu, że znał jego ojca: byli razem w nie­wo­li u So­wie­tów, chcie­li uciec, ale ojcu się nie udało.

Wuj i ciot­ka po­wta­rza­ją, aby o ojcu i Ka­ty­niu z nikim nie roz­ma­wiał. Boją się. Przez całe lata Wi­told nie opo­wia­da więc nawet, że był w Ka­zach­sta­nie - w PRL obo­wią­zu­je "przy­jaźń z ZSRR".

DŁUG

Pół wieku po po­wro­cie z ze­sła­nia Win­cen­ty Do­woj­na (miesz­ka­ją­cy już w Po­zna­niu) czyta książ­kę Ja­dwi­gi Tom­czyń­skiej o ze­słań­cach do Ka­zach­sta­nu.

Tom­czyń­ska, żona za­mor­do­wa­ne­go w Char­ko­wie ka­pi­ta­na Jana Tom­czyń­skie­go, zo­sta­ła wy­wie­zio­na z trój­ką dzie­ci: Ma­ry­sią, Mar­kiem i Ty­tu­sem. Na ze­sła­niu Do­woj­na miesz­kał z nimi po są­siedz­ku. Teraz dzwo­ni do nich. Tytus Tom­czyń­ski pyta, czy nie gnie­wa się, że go wtedy pobił za tę łu­pi­nę ziem­nia­ka. Do­woj­na mówi, że nic ta­kie­go nie pa­mię­ta. - To zna­czy, że mu­siał być strasz­ny głód - powie.

Dzię­ki książ­ce Tom­czyń­skiej na­wią­że kon­takt z ró­wie­śni­ka­mi, któ­rych oj­co­wie zo­sta­li za­mor­do­wa­ni na mocy de­cy­zji władz ZSRR z 5 marca 1940 r. Na­mó­wi ich na wy­jazd do Ka­zach­sta­nu. W tam­ten wrze­śnio­wy wie­czór wsią­dą więc w po­ciąg do Asta­ny, za­bie­ra­jąc tyle żyw­no­ści, odzie­ży itd., ile zdo­ła­ją.

W Paw­ło­da­rze nie pozna dwor­ca. Wtedy były ba­ra­ki, a teraz stoi bu­dy­nek z mar­mu­ru. Nada­rem­no szuka skle­pu, do któ­re­go cho­dził z matką i ciot­ką po chleb na kart­ki. Po osa­dzie, gdzie miesz­ka­li przez ostat­nie lata, też nie ma śladu. Od miej­sco­wych do­wia­du­je się, że na prze­ło­mie lat 40. i 50. wy­bu­chła za­ra­za bydła, ludzi wy­wieź­li w inne miej­sce, a osadę zrów­na­li z zie­mią.

Naj­bar­dziej było mu żal, że nie zna­lazł grobu matki. Wtedy, w 1944 r., ciot­ka oko­pa­ła go głę­bo­kim rowem, aby na grób nie wcho­dzi­ły krowy i owce. Krzy­ża nie po­sta­wi­ła, bo nie było z czego (zdo­by­te deski po­szły na trum­nę). Długo cho­dził po ste­pie, szu­kał. W końcu na ziemi za­pa­lił znicz i zmó­wił "Ojcze nasz".

Przez dwa ty­go­dnie na­pa­trzył się na bie­du­ją­cych ro­da­ków. "Też mo­głem nie wró­cić do Pol­ski i być tutaj jak oni", my­ślał. Po po­wro­cie przy po­znań­skim Związ­ku Sy­bi­ra­ków za­ło­ży Klub Paw­ło­dar­czy­ka. Bę­dzie or­ga­ni­zo­wał pomoc dla pol­skich ze­słań­ców i ich po­tom­ków. W 2001 r. spro­wa­dzi po raz pierw­szy do Ro­ścin­na mło­dzież z Paw­ło­da­ru - będą wśród nich Ania Żyt­ni­ko­wa i Sta­ni­sław Ta­ta­ry­no­wicz.

W 2007 r. Win­cen­ty De­woj­no zor­ga­ni­zu­je pierw­szy Marsz Pa­mię­ci w Ka­ty­niu.

Do Ka­ty­nia jeź­dzi mło­dzież z wiel­ko­pol­skich szkół. Win­cen­ty Do­woj­na marzy, żeby były tam grupy z całej Pol­ski. I żeby Marsz Pa­mię­ci przy­po­mi­nał Marsz Ży­wych - gdy co roku wio­sną do daw­ne­go obozu w Au­schwitz przy­by­wa­ją mło­dzi Żydzi, aby oddać hołd ofia­rom Za­gła­dy.

- Każdy po­wi­nien tam po­je­chać - mówi.

***

Z Ka­zach­sta­nu i z Ka­ty­nia przy­wiózł zie­mię. Po kilka gru­dek roz­dał zna­jo­mym, któ­rzy też stra­ci­li tam bli­skich. Część wy­sy­pał przy sa­dze­niu dębów w 70. rocz­ni­cę Zbrod­ni Ka­tyń­skiej.

Resz­tę trzy­ma w wo­recz­ku.

- Na pa­miąt­kę.